Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film historyczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film historyczny. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 czerwca 2009

Taras Bulba (2009)


Polska prasa okrzyknęła film "Taras Bulba" jako antypolski. Trudno się nie zgodzić z tą opinią, ale jeśli chciałoby się być precyzyjnym, to należałoby uznać obraz Vladimira Bortko za raczej anty-ukraiński. Reżyser pokazał konflikt kozacko-polski jako krwawy i bezlitosny, Polaków jako okrutnych traktujących Kozaków jak bydło. Do tego miejsca nie widzę ahistoryczności w filmie. Problem pojawia się raczej gdy autor zaczyna wmawiać odbiorcom, że Kozacy to Rosjanie, zaś ze współczesną Ukrainą nie mają nic wspólnego. Szczególnie groteskowo wygląda tęsknota Zaporożców za carem. Niewątpliwie każdy kto liznął nieco historii wie, że car, a właściwie caryca rozwiąże problem kozacki raz na zawsze w sposób o wiele bardziej krwawy i ostateczny, niż Polacy.


Nasi rodacy są raczej ukazani w sposób taki, w jaki często dotychczas ukazywani byli Niemcy w filmach o Drugiej Wojnie Światowej. Giną dziesiątkami w sposób co najmniej głupi. Autor uprościł wiele aspektów militarnych. Uznał, że każdy Polak na koniu to husarz ze skrzydłami, a każdy piechur to wybraniec.

Ewentualnie można podobnie jak film "1612" zaliczyć go do historical fiction, spłukać niesmak zimnym piwem, odłożyć na półkę i zapomnieć.


Ale jest w tym filmie też sporo plusów. Przede wszystkim "Taras Bulba" to niezły kozacki klimat. Zaporożcy są brudni, spoceni, maja osełedce, wąsy, kąpią się w dziegciu i dużo piją. Czyli zupełnie jak u Hoffmana. Ale Sicz jest w "Tarasie" pokazana w pełnej krasie. Mamy najazdy kamery na osiedle, możemy sobie popatrzeć na nieregularną, drewnianą zabudowę, popatrzeć na cerkiew i wodowanie czajek. Słowem - wypas! Masa sztandarów do podejrzenia, niektóre skopiowane z "Ogniem i mieczem", ale niektóre zupełnie nowe. Świetnie są też pokazane obyczaje kozackie, tj. przyjęcie czerńca do kurzenia, obalenie starego atamana koszowego i wybór nowego, ceremonia "pomazania" nowo wybranego koszowego, błogosławieństwo w cerkwi przed wyprawą, przygotowanie czajek do wyprawy na "przemysł". Wszystkie te elementy składają się na konkluzję: antypolski, czy nie, warto jednak zobaczyć. Bo gdy odrzucimy wstrętną propagandę, to pozostanie nam fajny film z gatunku żupana i szabli.


Najlepiej niech każdy obejrzy i sam oceni...

Zaś aby w pełni ocenić wspomnianą produkcję - najlepiej zapoznać się także z pierwowzorem literackim pióra Antona Czechowa. Co ze szczerym sercem polecam!

sobota, 14 marca 2009

Filmoteka chorego człowieka


Ostatnio trochę choruję. Nie tylko mam ostre zapalenie zęba, dodatkowo napatoczyła się rwa barkowa, ledwo ruszam więc prawy ramieniem. Znacznie utrudnia mi to malowanie, stąd ostatnio niewielkie postępy w rozbudowie armii.

Ale postanowiłem w tym czasie zrobić sobie maraton z "Kompanią Braci". Chyba nie ma sensu się o tym filmie za mocno rozpisywać, zna go chyba każdy miłośnik Drugiej Wojny Światowej. Ma bardzo dużą rzeszę fanów, zapewne niemało jest też przeciwników. Ja raczej należę do grupy entuzjastów, choć na ten czas jeszcze nie jestem gotowy, aby malować amerykańskich spadochroniarzy. Lubię w tym serialu to, że nie ma w nim zbyt dużo nadmuchanego patriotyzmu z melodramatycznym motywem muzycznym w tle, lub z powiewającą flagą.

Jest sporo historycznych niedociągnięć, parę razy w ramach redukcji kosztów pokazano to i owo w formie migawki, aby przyoszczędzić. Wkurzające jest to, że Amerykańcy wszędzie widzą "osiemdziesiątki ósemki", z uporem maniaka nazywają tak nawet zniszczone przez siebie "sto piątki". Chyba mają jakiś kompleks, ale to nie mój problem. Z Brytoli Jankesi zrobili idiotów. Dowódca plutonu Shermanów dostaje informację, że za budynkiem jest zamaskowany Tygrys. Na sugestię, aby przywalić w budynek, odpowiada: "Nie mogę bez uzasadnienia niszczyć prywatnej własności". Fajnie się potem ten Sherman rozleciał po trafieniu, przez wspomnianego Tygrysa. Czerwone Diabły ewakuowani po Market-Garden wyglądają niczym Celtowie w czerwonych beretach, tylko miny mają coś nietęgie.

Ale poza tym film jest boski. Moim ulubionym momentem jest spierdołka niemal całej kompani na widok jednego StuGa, to pokazuje jaką grozę wzbudzał czołg w piechocie. Nawet tak dobrze wyszkolonej, jak piechota spadochronowa. Natomiast odpowiedź, której udzielił kpt Winters na drodze prowadzącą w kierunku Ardenów powoduje, że zawsze przechodzi mnie dreszcz, jak sobie ją przypomnę. Gdy koleś z 10 DPanc powiedział: "Okrążą was!", Winters odpowiedział: "Jesteśmy spadochroniarzami, zawsze walczymy w okrążeniu". No i poszli ku swemu przeznaczeniu, do Bastogne...

Świetny serial i basta!

niedziela, 11 stycznia 2009

Listy z Iwo Jimy (2006)


Pierwsze wrażenie – wstrząsające, po dłuższym zastanowieniu – to już było! Jeśli ktoś widział "Stalingrad" lub "Das Boot", to "Listy z Iwo Jimy" nie będą zaskakujące. Zawsze jednak warto poznać punkt widzenia drugiej strony konfliktu, szkoda tylko, że film ten został wyprodukowany i wyreżyserowany przez Amerykanów, przez co traci wiarygodność.

Na pewno warto zobaczyć. Armia inwazyjna widziana z punktu widzenia Japończyka jest przerażająca. Warto też obejrzeć, aby nasycić wzrok japońskim sprzętem i umundurowaniem. Jeśli natomiast chodzi o przesłanie – film mnie nie przekonał. Wątpię czy jakikolwiek Amerykanin jest w stanie zrozumieć Azjatę. Autorzy usilnie próbują widzowi wmówić, że tylko ci, którzy próbowali przeżyć są wartościowymi ludźmi, reszta to krwiożercze i fanatyczne bestie. Mnie ta próba nie przekonała. Dużo bardziej autentyczną postacią jest porucznik, który chce zginąć za Cesarza, tyle, że scenarzyści koniecznie postanowili go upokorzyć przed widzem.

Dzieło z pewnością barwne i z punktu widzenia militariów – bardzo atrakcyjne. Ale nieprawdziwe. Amerykanie próbują nas przekonać, że Japończycy są mniej japońscy niż nam się zdaje.

Wolę "Stalingrad" i "Das Boot". Ale polecam, niech każdy obejrzy i sam osądzi. Jedyne słuszne odczucie po obejrzeniu filmu jest takie, że wojna jest straszna.

Bardzo lubię japońskie kino i stwierdzam, ze "Listy z Iwo Jimy" to kino amerykańskie. Na pewno nie japońskie.

sobota, 3 stycznia 2009

Mała Moskwa


Dziś wieczorem wysłaliśmy dzieciaki do babci i z żoną poszliśmy do kina. Przez ułamek sekundy zastanawialiśmy się, czy w śnieżny i mroźny wieczór nie rozgrzać się gorącą "Australią", jednak wybraliśmy wehikuł czasu. Na niecałe dwie godziny przenieśliśmy się do roku 1968 do Legnicy. A była to jedna z najbardziej wstrząsających przygód w moim życiu.

Nie będę się rozpisywał w tym miejscu o filmie, bo nie jest to vortal poświęcony dziewiątej muzie. "Mała Moskwa" to obraz wstrząsający ukazujący nam horror życia w tamtych czasach. Niezwykle zdumiewającym odkryciem po obejrzeniu tego dzieła jest wniosek, że nie jesteśmy jedynym narodem, który cierpiał w powojennej historii Europy. A najbardziej szokujące jest to, że Rosjanie to też ludzie. Nie zaś potwory, jak próbują nam to ostatnio wmówić dziennikarze i niektórzy radykalni politycy.

Film zdecydowanie dla ludzi myślących i czujących. Jeden z najlepszych jakie widziałem. Na pewno do niego jeszcze nie raz wrócę...

niedziela, 16 listopada 2008

Gettysburg (1993)

Wczoraj wieczorem skończyłem drugi lochos moich periojków. W nagrodę postanowiłem sobie zrobić "saturday's night fever", w związku z czym wrzuciłem do napędu płytę z filmem "Gettysburg".

Jest wiele dobrych filmów historycznych, jeszcze więcej kostiumowych, lecz rzadko dane jest obejrzeć film, który pozostawia niezatarte wrażenie, a "Gettysburg" w reżyserii Ronalda F. Maxwella do takich należy. Pomijając już świetną obsadę, ogromny rozmach filmu i wysoki poziom historyczności, podkreślić należy niezwykłą wręcz dramaturgię. Bo bo bitwa pod Gettysburgiem to była bitwa wojny domowej. Mimo, iż północ i południe dzieliła olbrzymia przepaść, to była to jednak wojna bratobójcza. Szczególnie widać to w dramacie generałów Amisteada i Hancocka, którzy prywatnie byli przyjaciółmi od czasów studiów w West Point, a którym przyszło (nie po raz pierwszy) stanąć do bitwy po przeciwnych stronach konfliktu.


Film ukazuje nam wiele osobowości tej wojny, przy czym, choć może moje zdanie jest subiektywne, w cieplejszych barwach ukazani są generałowie Konfederacji. Dowódcy Unii są "jacyś tacy nijacy", może to kwestia obsady. Niewątpliwie najciekawszą postacią jest pułkownik Joshua Lawrence Chamberlain, fantastycznie zagrany przez Jeffa Danielsa, ale postacią numer jeden jest generał John Buford, zagrany przez fenomenalnego Sama Eliotta, niezapomnianego w roli Virgila Earpa z westernu wszechczasów "Tombstone", notabene także 1993 roku.

Natomiast dowódcy Skonfederowanych Stanów, to nie tylko plejada świetnych aktorów, ale także galeria wspaniałych osobowości. Dla mnie numer jeden to generał porucznik James Longstreet zagrany przez Toma Berengera najbardziej z znany z mrocznej roli w filmie "Pluton". Zaś numer dwa to generał George E. Pickett, w którego się wcielił mało znany Stephen Lang, także aktor z Tombstone. Występuje jeszcze wielu świetnych aktorów, z Matinem Sheenem na czele.

Nie widzę sensu przytaczania w tym miejscu fabuły filmu, jako obraz historyczny ukazuje przebieg bitwy pod Gettysburgiem. Dodać jednak trzeba, ze ukazuje w sposób nietuzinkowy. Widziałem ten film wiele razy, zawsze jednak pozostawia wrażenie niedosytu, chęć ponownego obejrzenia. Mimo, że niemal każdy wie jaki był wynik wojny secesyjnej, autor filmu sprawia, że za każdym razem trzymamy kciuki. A nuż, tym razem generał Lee poprowadzi Konfederatów do zwycięstwa?

czwartek, 4 września 2008

Serial "Rzym"


Jutro o 20:20 TVP1 rozpoczyna emisję znakomitego serialu pt: "Rzym", który dotychczas można było zobaczyć w telewizji HBO lub na DVD. To jeden z najlepszych filmów historycznych ostatnich czasów, a z pewnością ścisła czołówka seriali. To historia dwóch żołnierzy - centuriona Lucjusza Worenusa i legionisty Tytusa Pullo, którzy zostali wplątani w historyczne wydarzenia. Jako żołnierze słynnej "Dziesiątki", ukochanego przez Juliusza Cezara Legionu X, zostają zamieszani w sieć intryg. Legioniści ratują życie Oktawiuszowi, razem z Cezarem przekraczają Rubikon, biorą udział w wojnie domowej, wichry historii rzucają ich do Egiptu. Niezwykle barwna i dynamiczna historia, świetna gra aktorów, znakomite kostiumy oraz wierność historyczna powodują, że "Rzym" to serial historyczny najwyższej próby.


Producenci zachęceni sukcesem filmu nakręcili drugi sezon opowiadający o wojnie Oktawiana Augusta z Markiem Antoniuszem. Jest to kawałek niezłego kina (domowego), choć pierwszy cykl uważam za lepszy.

"Rzym" to serial, w którym z niecierpliwością oczekujemy na kolejny odcinek, choć znając dzieje Rzymu, mniej więcej wiemy co się wydarzy, jednak cały czas trzymamy kciuki, a nuż w tym filmie historia potoczy się inaczej...